Co, jak i dlaczego — o blogu słów kilka

    Kiedyś, naprawdę bardzo dawno temu, na popularności nabierał fanpage na Facebooku o nazwie „Cytaty z Harlequinów”. Do dziś nie wiem, kto wpadł na to, by dodawać zdjęcia z najbardziej poronionymi dialogami między bohaterami czy opisami miłosnych perypetii, muszę jednak skierować kilka słów w stronę pomysłodawcy: kochana osobo — jeśli to czytasz i jesteś autorem „Cytatów”, to wiedz, że Cię tak trochę kocham. Twój wkład w rozwój peja na Fejsie sprawił, że nie tylko zdarzyło mi się porządnie pośmiać, ale też po kilku latach zdecydowałam się na prowadzenie tego bloga.

    Cytaty były dodawane na wcześniej wymienioną stronę w miarę regularnie, mniej lub bardziej zabawne, aż w którymś momencie żadne treści nie pojawiały mi się na tablicy aktualności. Totalna cisza w eterze. Czyżby wyczerpał się materiał? — podpowiadał mi panikujący mózg, po czym padał uspakajający argument, że przecież to nie jest możliwe - tyle tomów wydano, tyle historii, tyle grafomaństwa. Może to jednak tylko bliżej nieokreślona przerwa? Zaraz będzie dostawa nowych cytatów, to po prostu cisza przed burzą. Z czasem fanpage niestety zniknął z platformy Facebooka, a razem z nim mój kontakt z wybitnymi dziełami serii Harlequin. Co jakiś czas myślałam sobie, czy właściciel/ka nie wrócił/a do prowadzenia fanpage'a, namiętnie klikałam w okienko wyszukiwania, jednak w rezultatach na wpisywane przeze mnie hasła nie pojawiało się nic. Chęć poczytania romantycznych scen pozostawała kompletnie niezaspokojona. Jestem fanką horrorów klasy Z, więc poniekąd obcowałam z kiczem i twórczą tragedią cały czas, ale horror, a romans w stylu harlequinowym, to zupełnie dwie różne przyjemności.

    Trwałam tak w niekończącej się nadziei na wielki powrót fanpage'a aż do momentu pandemii. Siedziałam na zmianie w hotelowej recepcji na Helu. Przyszła już jesień, pogoda za oknem nie rozpieszczała, człowiek zupełnie nie żałował siedzenia przez 12 godzin, pilnując telefonów i nielicznych rezerwacji, bo nie było nic lepszego do roboty. Z nudów zaczęłam przeglądać szpargały w biurkach, sprawdzałam, czy jest coś do wyrzucenia lub uporządkowania. Między papierami a starymi gazetami znalazłam zmęczone życiem dwa Harlequiny. Patrzyłam na nie i zastanawiałam się, co z nimi począć. Wyrzucić do kosza? Zostawić dla gości na bezsenne noce?. Druga opcja wydawała się zwyczajnie absurdalna, przecież dzisiaj nikt tego nie czyta, z drugiej strony książek, nawet tak słabych jak te znalezione w czeluściach szuflady, wyrzucać nie lubię. Wyrocznia zadecydowała: wzięłam je pod pachę i zabrałam po skończonej delegacji do Poznania. Wierzyłam, że kiedyś je przeczytam, bo a nuż, widelec znajdę takie piękne kwiatki, rodem z "Cytatów"?

    To „kiedyś” szybko nie nadeszło. Harlequiny przestały kurzyć się na Helu, w otoczeniu raportów i czasopism, znalazły za to książkowy dom starców w stolicy Wielkopolski, stojąc za bardziej wyszukaną i ambitną literaturą, skazane na wieczne zapomnienie. Mijały miesiące, wreszcie przyszedł dzień gruntownych porządków. Siedzę przy tym regale, wycieram kurze, układam szpargały w nowym ładzie, a na podłodze leżą te nieszczęsne dwa tomy: dodatek do SuperExpressu i chyba świadomie kupiony "Zapach fiołków". No i mnie tknęło, oświeciło, olśniło — będę czytać Harlequiny i relacjonować co lepsze kąski na swoim profilu na Instagramie. Może ktoś też potrzebuje tych historii tak samo, jak ja?

    Tak przeczytałam przywiezione znad morza książki, potem jakąś inną, zawiniętą po cichu z restauracji, później jakąś podrzuconą przez kumpelę. I choć samo czytanie przynosiło mi przyjemność (albo szargało nerwy, choć zdecydowanie rzadziej), to udostępnianie czytelniczych wrażeń w story było zwyczajną mordęgą. Ani to wygodne, ani przejrzyste... Miejsca mało, a ja lubię się rozwodzić na byle jakie tematy. Ta forma zupełnie mi nie leżała. Co prawda był pozytywny odzew, ale praca nad takim przekazem męczyła mnie zbyt mocno. Potrzebowałam czegoś innego, co dałoby mi przestrzeń na swobodne komentowanie wpadających w moje łapki Harlequinów. Oddzielne konto na Instagramie? Nie, to bez sensu. Jedyny plus byłby wyłącznie dla moich obserwujących: gdyby chcieli czytać moje wypociny, to mieliby do tego specjalne miejsce. Ci, których interesuje tylko to, czy i jak żyję, odetchnęliby z ulgą i nie musieliby się przeklikiwać przez milion kafelków, żeby zobaczyć, jaki kolor paznokci mam dzisiaj i czy nie ma u mnie przez przypadek jakiejś dramy.

    Od zawsze lubiłam pisać. Wychodziło mi to raz lepiej, raz gorzej. Prowadziłam pamiętniki, pisałam opowiadania (tu na Bloggerze również), kilkanaście razy zakładałam blogi o różnej tematyce, ale zawsze je zamykałam z myślą, że przecież są lepsi w tej branży, więc na co jeszcze moja cegiełka w pierdolniku, w którym nikt mnie nie zauważy? Z perspektywy czasu zupełnie nie rozumiem tej decyzji ani tego, jak bardzo nie mogłam się sama przekonać do pewnych kwestii. Nie ruszały mnie zachęcające komentarze pod jednym z opowiadań czy stale rosnąca liczba czytelników. Podczas podróży na trzecim roku studiów dzieliłam się na Facebooku i Instagramie swoimi zdjęciami i krótkimi wpisami na temat tego, co mnie spotykało w trakcie poznawania odległych zakątków. Do dziś jest mi bardzo miło na samo wspomnienie, że wielu moich znajomych, nawet tych, z którymi kontakt urwał się wiele lat temu, pisało do mnie z prośbą o więcej. Pisali mi, że świetnie się czyta to, co dodaję i czemu nie założę bloga? Miałam tysiąc przyczyn, z powodu których tego nie zrobię, ale wszystkie to były w gruncie rzeczy durne wymówki wynikające z braku wiary we własne możliwości oraz nadmiernie spiętego dupska.

    Wiecie, to nie jest tak, że czuję się teraz wystarczająco dobra, by pisać. Zupełnie nie. Cały czas się cykam, bo jednak robię coś, co jest totalnie poza moją strefą komfortu. Nie wiem, jak mi to wyjdzie, czy zyskam stałych czytelników poza grupką znajomych, czy przyjdzie mi kiedyś walczyć z hejtem. A może zwyczajnie się poddam, bo przestanę widzieć w tym jakiś sens? Różnica między mną kiedyś, a teraz polega głównie na tym, że zyskałam pewien dystans. Wiadomo, chciałoby się mieć fajną społeczność, nawiązywać współprace i tak dalej, ale jak będę tworzyć sama dla siebie to też dobrze. Nie boję się, że treści udostępnianie na blogu ktoś uzna za gówno. To nie jest aspiracja to nagrody Nobla w dziedzinie literatury, to ma być odskocznia i chwila na odmóżdżenie się. Jak w przyszłości nabiorę wprawy, poprawię warsztat pisarski i znajdę więcej ambicji, to stworzę coś aspirującego do dobrego tekstu. Nawet bym chciała. Dziś jednak liczy się tylko czysty fun.

    Tak wygląda krótka historia o tym, skąd ten blog się wziął i dlaczego Harlequiny i inne nieszczęścia. Strona jeszcze jest w przygotowaniu, będę tu grzebać i poprawiać, co umiem, niech nie zniechęci Was prosta grafika. Wkrótce zamieszczę też pierwszy post! A w, mam nadzieję, niedalekiej przyszłości pojawi się jeszcze więcej materiałów, żeby każdy mógł uczestniczyć w tej romantycznej przygodzie tak, jak mu wygodnie.

    Liczę na Wasze wsparcie! Dzielcie się wskazówkami, krytyką czy zwyczajnie czymś miłym w sekcji komentarzy, pamiętając o szacunku do drugiego człowieka. Niech to miejsce będzie przyjaznym nie tylko dla mnie, ale też dla Was. Korzystając z okazji, chciałabym również podziękować kilku osobom, których słowa i czyny popchnęły mnie w kierunku blogowania: Kevinowi za wsparcie we wszystkim, w czym tylko może mnie wesprzeć, Ewelce i Martynie za książki, które mogę tu omawiać, Agnieszce za propozycje, co mogę tu dodawać prócz Harlequinów + dwa wspaniałe cytaty z sagi Zmierzch oraz Dadze za pytanie podczas luźnej rozmowy w pracy, czy nie myślałam jakoś bardziej rozwijać tego komentowania Harlequinów na Insta. Myślałam, ale dzięki Tobie zaczęłam myśleć bardziej w porównaniu do czasu przed naszą rozmową.

   I to by było tyle na dziś. Trzymajcie się ciepło, do następnego posta! 🌞

  

1 komentarz:

  1. Pierwszy krok w ekscytującej podróży. Jestem dumna!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © Marlequiny , Blogger